Na drogach jeździ już ponad 110 tysięcy elektryków. Ale boom na samochody elektryczne w Polsce przyniósł efekt uboczny, którego nikt się nie spodziewał. Przestępcy znaleźli nową żyłę złota: przewody z publicznych punktów ładowania. Problem przybiera dramatyczne rozmiary. Operatorzy biją na alarm, a branża apeluje o pilne zmiany w prawie. Klienci natomiast muszą przy stacji ładowania obejść się smakiem.
Dramat kierowców samochodów elektrycznych. Dramat operatorów w całej Polsce.
Przykładowo Pani Monika z Łodzi planuje trasy z wyprzedzeniem, sprawdza dostępność stacji, a mimo to kończy na parkingu ze zdziwieniem – kabel został obcięty, a urządzenie jest tym samym niezdatne do użytku. Zresztą nie jest to już nic dziwnego, bo w samej Łodzi niemal co druga stacja jest obecnie wyłączona właśnie z tego powodu. A naprawa? Trwa tygodniami. I kosztuje dziesiątki tysięcy złotych.
Policja potwierdza: to już nie są pojedyncze przypadki niszczenia infrastruktury – odnotowano je w zasadzie w całej Polsce. Dane z wszystkich regionów są bardzo niepokojące, a skala problemu zdaje się przybierać na sile. Najgorsze przypadki? Osiedle, gdzie jednej nocy ucierpiało kilkanaście ładowarek na raz czy serie ataków przy popularnych dyskontach. Ceny kilkumetrowych kabli do wymiany mogą tutaj wpłynąć na opłacalność przeprowadzenia naprawy oraz na podwyższenie ceny ładowania dla odbiorców końcowych.
Matematyka absurdu – kradzież kabli samochodowych jako ekonomiczna katastrofa
W tej skądinąd nietypowej kradzieży kabli samochodowych ze stacji ładowania aut elektrycznych chodzi też o coś więcej: zaczyna się prawdziwy dramat ekonomiczny. Pojedyncza kradzież może być uznana za zwykły zbieg okoliczności, ale już ich kilkaset – za katastrofę.
Przewód ładowania samochodów elektrycznych zawiera stosunkowo nieduże ilości miedzi, bo maksymalnie kilka kilogramów. W skupie złomu przekłada się na to maksymalnie 150-200 złotych. A z drugiej strony? Operator stacji ładowania pojazdów elektrycznych musi kupić nowy przewód – sam kabel z elektroniką to wydatek rzędu kilkunastu tysięcy. A to dopiero początek kosztów.
Uszkodzenia stacji, wymiana elementów, utracona sprzedaż podczas przestoju – wszystko to sumuje się do kwot, które przyprawiają o zawrót głowy. Za naszą zachodnią granicą wyliczono, że jeden taki incydent może kosztować nawet do 5 tysięcy euro straty łącznie. Tylko że to dalej nie jest sedno problemu: coraz częstsze uszkodzenia najnowocześniejszych szybkich ładowarek z systemem chłodzenia mogą kosztować operatora stacji ładowania samochodów elektrycznych nawet kilkadziesiąt tysięcy.
I tu ciekawostka – w wielu przypadkach odcięty fragment kabla ląduje nie na złomie, a w pobliskich zaroślach, koszach i dzikich wysypiskach śmieci. Eksperci mają podejrzenia, że część ataków to nie chciwość i chęć zarobku, tylko celowa dewastacja – sabotaż wymierzony w samą ideę elektromobilności.
Gdzie leży sedno problemu?
Jesień 2025 roku przyniosła gwałtowne nasilenie zjawiska. Dotychczas były to sporadyczne przypadki, teraz mamy do czynienia z falą. Policja zatrzymuje sprawców coraz częściej, ale niestety skala procederu rośnie szybciej niż skuteczność służb.
Oto paradoks: znaczna część infrastruktury powstała dzięki publicznym dotacjom. A ładowarki sfinansowało państwo z podatków społeczeństwa. Teraz ktoś je niszczy dla kilkuset złotych, podczas gdy bolesne konsekwencje ponoszą wszyscy solidarnie. Również ci, którzy nie używają samochodów elektrycznych.
Co grozi złodziejom i ich pomocnikom?
Prawo nie pozostawia wątpliwości. Kradzież to pięć lat pozbawienia wolności. Zniszczenie mienia? Również pięć lat. Ale jest coś jeszcze – przestępstwa te mogą być zakwalifikowane jako czyny chuligańskie. Wtedy kara rośnie. Recydywiści mogą trafić za kratki nawet na 7,5 roku.
Również właściciele skupów złomu też mają powody do niepokoju, bo paserstwo to kolejne pięć lat bezwzględnego więzienia. Przepisy są tu jasne: każdy, kto sprzedaje metale w skupie złomu, musi podać ich pochodzenie, podczas gdy przyjmujący na skup ma obowiązek weryfikować tożsamość sprzedających i zachować dokumentację przez pięć lat.
Przyjęcie na skup kabli od ładowarek samochodów elektrycznych, czyli z reguły przewodów miedzianych o dość dużym przekroju, np. przewodów stosowanych w najmocniejszych ładowarkach, łączy się z dużym niebezpieczeństwem. Właśnie dla strony nieświadomej nielegalnego ich pozyskania przez oddającego na złom.
Technologia kontra przestępcy – złodzieje kradną kable, a operatorzy zabezpieczają stacje ładowania
Operatorzy nie składają broni. Inwestują w monitoring, lepsze oświetlenie, systemy alarmowe. Niektórzy montują kable ze wzmocnioną otuliną – trudniejsze do przecięcia i dewastacji. Niektóre firmy chcą dodatkowo uprzykrzyć proces dewastacji i testują intrygujące rozwiązanie, polegające na kontrolowanym wybuchu farby, która brudzi zarówno chuligana, jak i sam przewód. Jeszcze inni eksperymentują z GPS-ami wbudowanymi w kable, a jeszcze inni – w system, który wydaje dźwięk, gdy nastąpi przerwanie drutu alarmowego wplecionego do miedzianych przewodów.
Co dalej z polską elektromobilnością? Złodzieje niszczą mienie, ale czy również przyszłość aut elektrycznych?
Problem wykracza poza same straty finansowe operatorów; każda uszkodzona stacja to utrata zaufania kierowców i nie bez powodów wielu ekspertów zakłada, że to ogólnoświatowa akcja anty-BEV. Jeśli ktoś przyjedzie na parking i po raz trzeci trafi na niesprawne urządzenie, zacznie się zastanawiać, czy elektryk to był dobry pomysł.
Dane są co prawda optymistyczne – w Polsce mamy już ponad 10 tysięcy publicznych punktów ładowania – ale chuligaństwo skutecznie je studzi. Właściciele aut elektrycznych są zdezorientowani, gdyż złodzieje odcinają kable w miejscach najbardziej obleganych, godząc w infrastrukturę transportową jak nigdy wcześniej. Kradzieże utrudniają ładowanie – w zasadzie całkowicie je uniemożliwiają – i to w każdym województwie.
Pozostaje liczyć na to, że skuteczne wykrywanie stanie się priorytetem policji. Tym bardziej że zuchwałość złodzieja dodatkowo motywuje organy ścigania do szybszej, efektywniejszej pracy.








